Czy należy przwrócić karę łamania kołem dla bestialskich przestepców?

Karę wymierzano publicznie na kole o średnicy ok. 2 metrów, zamontowanym poziomo na niskim palu umieszczonym na szafocie. Ofiarę (zwykle odpowiednio obnażoną) z szeroko rozstawionymi kończynami – rozpostartą w pozycji „orła”, przywiązywano do metalowych pierścieni na szprychach koła lub na jego obręczy. Dla większej skuteczności pod jej biodra, kolana, kostki, łokcie i nadgarstki niekiedy podkładano grube kawałki drewna. Następnie kat miażdżył ciało skazańca ciężkim kołem[a] (rodzajem kanciastej maczugi, której krawędzie obijano metalem) względnie żelaznym łomem lub nawet młotem kowalskim. Jego pomocnik stopniowo obracał koło, tak aby masakrowaniu ulegały kolejne części ciała ofiary.

W wyroku częstokroć dokładnie określano liczbę uderzeń lub czas trwania kary (np. do 2 godzin). W końcu skazańca dobijano, zadając mu cios śmiertelny w brzuch lub w szyję[2] . Po dokonaniu tych czynności ciało wystawiano na pokaz, unosząc wysoko na słupie albo stawiano w pozycji pionowej. Niekiedy dodatkowo gawiedź pastwiła się nad nim, np. wydłubując oczy.

Rozróżniano dwie postacie tej kary:

  • - łamanie kołem od dołu: w kolejności łamano kostki, nadgarstki; łydki, przedramiona; uda, ramiona; klatkę piersiową (kręgosłup);
  • - łamanie kołem od góry (mające znamiona litości, aktu łaski) wykonywano w odwrotnej kolejności: pierwszym uderzeniem w klatkę piersiową łamiąc kręgosłup; przerwanie w ten sposób rdzenia kręgowego powodowało, że skazany (o ile przeżył) nie odczuwał bólu przy dalszym wykonywaniu kary.

 

Ten sposób pozbawienia życia, bardzo rozpowszechniony w średniowiecznej Europie, wymagał jednakowoż nader skomplikowanych i kosztownych przygotowań, z których najważniejszym było ustalenie miejsca kaźni, użycie stosownego sprzętu oraz udziału fachowca, potrafiącego tegoż dzieła dokonać.
Na miejsce egzekucji wyznaczono odkryty, piaszczysty pagórek w lesie przy ówczesnej drodze na Ahlbeck, gdzieś tak w okolicach dzisiejszego stadionu. Kolejną sprawą stało się ściągnięcie do Świnoujścia odpowiedniego fachowca. Najbliższy, posiadający właściwe kwalifikacje, mistrz katowski nazwiskiem Mener, zamieszkiwał w Trzebiatowie nad Regą i przybył tu, w końcu września 1795 r. na zaproszenie świnoujskiego burmistrza. Mistrz, jak na fachowca przystało, postawił odpowiednio wysokie wymagania, dotyczące wynagrodzenia i warunków pracy. Otóż niezbędne mistrzowi do pracy otoczenie stanowiło 6 czeladników, 5 knechtów, 4 kobiety towarzyszące, 3 dzieci, 3 woźniców oraz 10 koni ciągnących wozy z tym orszakiem. Z niejakimi trudnościami świta została zakwaterowana w nielicznych wówczas gospodach. Katowska ekipa z Trzebiatowa przebywała w dniach 27 – 30 września 1795 r. Jak policzono po ich wyjeździe, wypili oni nie mniej niż 53 flaszki dobrego wina, 14 kwart gorzałki i 127 butelek piwa, posilając się wielokrotnie, niezależnie od obiadów i kolacji. Zastawa, szkła oraz używane sztućce, wówczas to nie takie znów tanie, stały się przy okazji ich własnością.

Zbrodnia i kara w początkach Świnoujścia

Łamanie kołem połączone z „opleceniem na kole”( fot. Archiwum )

Mistrz katowski dla dokonania swej pracy zapotrzebował ponadto wykonania niezbędnych instrumentów i sprzętu. Żaden z miejscowych rzemieślników nie przejawiał ochoty, by dla kata pracować, aliści wyboru nie było. W rezultacie, prawie każdy z nich miał swój wkład w dokonanie kaźni. A przykład dał senator Krause, najznamienitszy obywatel miasta, który to dostarczył drewno na budowę koła katowskiego, zbudowanego przez stolarza z Karsiborza, zaś miejscowy cieśla, starannie wykonał drabinę i pal na osadzenie koła. Ktoś tam jeszcze sporządził żelazne cęgi do zadawania mąk, a miejscowy krawiec uszył był skazańcowi
pokutną szatę. Dostarczone zostały nadto niezbędne liny i bloczki. Kat z Trzebiatowa, w obecności wszystkich niemal mieszkańców miasta i okolic, rzetelnie i zaiste po mistrzowsku wykonał swoją pracę i oczekiwań zgromadzonej gawiedzi nie zawiódł. Delikwent, zanim ducha wyzionął, zaprawdę gorzko za swe grzechy pokutował! Tak to odbyła się w Świnoujściu pierwsza publiczna egzekucja.
Po dokonaniu dzieła i zasłużonym wypoczynku, następnego dnia mistrz przedłożył rachunek za pracę, w którym istotne pozycje stanowiło: za łamanie kołem od dołu do góry 15 talarów, ( z czego 10 dla mistrza), użycie koła żelaznego 3 talary, owinięcie delikwenta na kole 3 talary, rwanie i miażdżenie członków cęgami takoż 3 talary. Dalszych szczegółów owego rozliczenia, raczej oszczędzę. Łącznie, trud mistrza katowskiego oraz jego czeladników i pachołków, oceniony został na 23 talary, naonczas sumkę całkiem znaczną. Pobrawszy ciężko zapracowany grosz, trzebiatowski mistrz wraz z czeladzią udał się nieśpiesznie w drogę.

 PS:

Ostatnio byłem w swoich ulubionych miejscach Smerfo-Jagodowych, również w Borach Tucholskich i  doszedłem do wniosku, ze mój brat jest psychicznie chory.

Przecież normalna osoba nie zrobiłaby własnej rodzinie takiego kilkunastoletniego holokaustu. Razem jeździliśmy na biwaki słuchaliśmi Beatelsów i inne rzeczy.
Nie ma innego logicznego wytłumaczenia jego barbarzynstwa.

Były inkasent wodociągów Usteckich Dariusz M.  ...to jest po prostu czubek  :(